-Szepelak chodź!-mówi Krupanek. Wychodzę, podtrzymując spodnie, bo pasek mi zabrano. Idę boso, nie pozwolono mi wziąć butów z domu. Prze­chodzę przez pierwsze drzwi w korytarzu piwnicznym, idę dalej.

- Na prawo - instruuje mnie Krupanek. Wchodzę po schodach na parter.

-Na lewo - słyszę znowu. Mijam jedne drzwi, potem następne. Wresz­cie wchodzę do pokoju, w którym za biurkiem siedział mężczyzna ubrany w wysokie buty i bardzo dobrze dopasowany mundur. W pokoju stały jesz­cze dwa biurka, w kącie szafa, a na ścianie północnej wisiał portret Hitlera. Na biurku leżała sterta jakichś dokumentów. Krupanek po wejściu zamienił kilka słów z mężczyzną zza biurka, po czym podsunął mi krzesło.

-        Siadaj! - usłyszałem. - Może zapalisz?

-        Dziękuję, nie palę.

-        Może jesteś głodny?

Jedzenia nie otrzymywaliśmy za karę, bo Pitala i Maliszewski wypili sobie w niedzielę i zaśpiewali na mieście „Jeszcze Polska nie zginęła”. Za­mknięto ich za to i straszliwie pobito. A skoro Polakom tak dobrze się powo­dzi, piją wódkę i śpiewają, to nie muszą dostawać więziennych porcji. Mimo to nie czułem głodu.

-        Dziękuję - odpowiedziałem na pytanie.

-         Widzę, że jesteś dobrze wychowany. Jak tak dalej pójdzie, to chyba się dogadamy. Bitym już chyba nie chcesz być. Głupi chyba nie jesteś i wiesz, co cię czeka, kiedy nie będziesz chciał gadać. Jak się do wszystkiego przy­znasz, to cię zwolnimy razem z matką. Ojca się nie bój, on już nie żyje. Wie­my, że temu wszystkiemu winny był ojciec, bo nam matka wszystko powie­działa. Po co mnie pytają, skoro mama im wszystko powiedziała - przemknęło mi przez myśl. Krupanek zauważył na mojej twarzy niedowierzanie.

-         Jak się przyznasz, matkę naprawdę uwolnimy, a jeśli się ciebie nie da uwolnić, to trafisz na sześć miesięcy do koncentraku, będziesz na stanowisku, a później zostaniesz zwolniony - dodał i zwrócił się do gestapowca za biur­kiem, zamienili kilkanaście słów po niemiecku, tamten podał mu kartkę pa­pieru. Krupanek położył ją na stole przede mną. Przebiegłem pismo oczami. Było następującej treści:

Bielanka, dnia 11.IX. 1943 r.

Stwierdza się, że został zastrzelony Władysław Szepelak, urodzony w Leżaj­sku w roku 1903 i drugi nieznajomy mężczyzna lat około 23.

(podpis - sołtys wsi Bielanka Andrzej Pałasz i pieczęć).(…)

- Przeczytałeś? - przerwał moje myśli Krupanek.

-Tak.

- Więc nie masz się czego bać, stary nie żyje, a matka się do wszystkie­go przyznała, ale ty musisz powiedzieć, gdzie schowałeś tę maszynówkę i kto był z tobą na Słowacji.

Milczę.

   - Zdaje mi się, że trzeba ci pomóc, to wtedy sobie przypomnisz.

Podsunął mi krzesło.

-         Chwyć się za nogi krzesła, u dołu - powiedział, przygniatając równo­cześnie mój kark. Brzuchem wspierałem się o oparcie, swoje nogi miałem z tyłu krzesła, zaś rękami trzymałem przednie nogi krzesła tak, że ręce, gło­wa, nogi były niżej, zaś biodra i pośladek były wyżej, co już bez bicia spra­wiało ból.

-         Teraz, żebyś sobie przypomniał, dostaniesz pięć - mówi Krupanek. - Jak nie wytrzymasz, to będzie druga porcja, dziesięć.

Mięśnie moje były napięte do ostateczności. Cały drżałem. Czemu nie bije, niechby już bił - myślałem. Czułem, że jeszcze chwila i poderwę się, nie wytrzymam. Wtem Krupanek otworzył szafę. Kątem oka zobaczyłem wnętrze szafy, a w niej kajdany, kije, nahaje, łańcuchy. Wziął do ręki jeden z bykowców, po czym wymierzył cios w mój pośladek. Zapiekło, jakby ktoś przyłożył mi rozpalone żelazo. Potem drugi cios, trzeci... Nie wytrzymałem, puściłem krzesło, wyprostowałem się, błyskawicznie otrzymałem uderzenie w głowę, zatoczyłem się. Ciosy wzmogły się, zaczęły padać na plecy, głowę, ramiona. To ten drugi gestapowiec, Sehmisch doskoczył z nahajem. Odska­kiwałem jak piłka, a chroniąc głowę przed ciosami Krupanka, wpadałem pod nahaj Sehmischa. Krupanek bił silniej, więc coraz częściej cofałem się w stronę Sehmischa. Krupanek wściekły, że unikam jego ciosów, natarł na mnie. Rzuciłem się w stronę Sehmischa, o mało nie zwalając go z nóg. Wtem Sehmisch zupełnie niespodziewanie grzmotnął mnie w skroń; zachwiałem się, upadłem na biurko, strącając stertę dokumentów. Obaj stanęli nade mną. Krupanek widząc, że odzyskuję przytomność, krzyknął:

-         Pozbieraj te papiery i połóż na biurko!

Podnoszę się, chcę pozbierać. Sehmisch bije mnie, żebym ich nie ru­szał. Wyprostowałem się.

-         Zbieraj! - krzyczy i bije Krupanek.

Gdy się chcę schylić i zbierać, bije znów Sehmisch. Wyprostowałem się opierając się plecami o ścianę; spodnie moje spadły w czasie bicia, leżały kopnięte w kącie koło szafy. Ciosy ustały.

Sehmisch siadł za biurkiem, Krupanek zebrał rozrzucone papiery i po­łożył je na biurku. Znów rozmawiają po niemiecku. Sehmisch położył przed sobą arkusz papieru.

-         Kiedy się urodziłeś? - zapytał Krupanek.

-         10.XII.1924 - odpowiadam.

-         Miejsce urodzenia?

-         Zakopane.

-         Imię ojca i matki?

-         Władysław i Wiktoria.

-         Wyznanie?

-         Rzymskokatolickie.

-         Wykształcenie?

-         Cztery oddziały szkoły powszechnej i dwuletnia zawodowo - rolnicza.

Moje odpowiedzi Krupanek tłumaczył zaraz Sehmischowi, a ten zapi­sywał je na papierze.

-         A teraz powiedz, kto do was przychodził?

-         Ojciec był murarzem, więc przychodzili ludzie, aby im wymurować dom, stajnią, piec, albo wytynkować mieszkanie - odpowiadam, a Krupanek tłumaczy. Sehmisch przestał jednak pisać. Widać było, że nie o to mu chodzi. Zaklął więc po niemiecku i zaczął krzyczeć. Krupanek również się zdener­wował.

-        Partyzanci do was przychodzili! - wybuchnął.

-        Nie wiem.

-           To zaraz się dowiesz - po czym krzyknął w stronę drzwi, w których pojawił się „Thor”.

-           Przypomnij mu, kiedy to partyzanci do nich przychodzili - powiedział.

-           Nie pamiętasz, jak byłem u was z „ Szarotą ”, podałeś mi nawet wodę do mycia.

-           Tak pamiętam - odpowiedziałem. - Umył się pan, wszedł do pokoju z ojcem i „Szarotą ”. Zamknęliście drzwi, myślałem, że będziecie grać w karty, bo ojciec bardzo lubił grać w karty.

Nie wyprowadzaj nas z równowagi - mówi do mnie ostro Krupanek. - Gadaj, jak „Szarota” z ojcem planowali, gdzie tych ludzi umieszczą na zimę. U kogo oni przebywają?

-           Może ten pan będzie wiedział - wskazałem ręką na „Thora”, - bo przecież to on był z nimi w pokoju.

-           On gada wtedy, gdy go pytam, a teraz ty masz odpowiadać - mówiąc to Krupanek wskazał „Thorowi” ręką drzwi. Ten wyszedł.

-           Co to byli za jedni? Ci, z którymi chodziłeś po broń na Słowację? I gdzieś schował tę maszynówkę? No co, gadasz, czy nie? Musimy ci znowu przypomnieć?! Kładź się na krzesło, jak poprzednio, dostaniesz dziesięć. Jak nie wytrzymasz, dostaniesz dwadzieścia pięć.

Chwyciłem krzesło za nogi, wypiąłem pośladki, a w duszy modliłem się - Boże, daj wytrzymać, żebym nie złamał przysięgi. Modlitwa trochę za­głuszyła moje oczekiwanie na bicie. Krupanek w takich razach nie śpieszył się, lubił patrzeć jak wyczekującemu drżą ze strachu uda i łydki. Modlitwa trochę mnie odprężyła. Krupanek widząc, że jestem spokojniejszy, rozpo­czął bicie. Ciosy były bardzo silne w dużych odstępach czasu. Za każdym razem przejmował mnie straszliwy ból, jakby mnie ktoś uderzał rozpalonym żelazem. Boże, daj wytrzymać! Zdawało mi się, że ciało nabiera jakichś wiel­kich kształtów. Ten zaś liczy spokojnie i uderza pięć, sześć, siedem... Nie wytrzymałem do dziesięciu, po siódmym uderzeniu puściłem nogi krzesła, wyprostowałem się. Sehmisch natychmiast się włączył wraz z dwoma inny­mi gestapowcami, którzy weszli wcześniej do pokoju. Nahaje spadały na mnie z czterech stron. Osłoniłem głowę rękami, zatoczyłem się na północną ścianę. Krupanek chwycił mnie pod szyją za kołnierz koszuli, Sehmisch - za koszulę na piersiach i poczęli mną uderzać o ścianę. Chroniąc głowę, schyli­łem ją do przodu. Oprawcy szarpali mnie, a ja uderzałem plecami o ścianę. W pewnym momencie strąciłem prawdopodobnie portret „wodza” ze ściany. Poderwały mnie znów okropne kopniaki. Sehmisch trzymał w ręce portret z rozbitym szkłem, który doprowadził go do szału. Zamachnął się na mnie, zdążyłem uchylić głowę i ramki spadły mi na ramiona. Za to papier z wize­runkiem „wodza” został wyrwany na mojej głowie. Sehmisch szarpnął za ramki, potknąłem się, zaplątałem się we własne kalesony, od których pod­czas szarpaniny i bicia odpadły guziki. Koszula była w strzępach. Szamotany przez nich zostałem bez bielizny. Ramki pękły; uderzyłem głową o podło­gę, zaćmiło mnie. Chlusnęli mi wodą w twarz, usiadłem nago na podłodze. Koszula - nowa, z płótna, domowej roboty - cała była w strzępach, puściły szwy, rękawy leżały oddzielnie, a reszta z kalesonami pod drugą ścianą. Po­czułem okropny ból głowy, całe ciało paliło jak ogień, a kłucie w płucach utrudniało oddech.

-       No, teraz wiesz, że to nie żarty - mówi Krupanek. - Gadasz czy nie? Nie myśl, że to koniec. Zaraz cię powiesimy.

Otwiera szafę, wyciąga powróz. Ja siedzę dalej na podłodze.

-       Dawaj ręce!

Podniosłem ręce, zawiązali mi je powrozem, podciągnęli moje nogi, tak, że stopy były oparte o podłogę, łokcie ściągnęli w dół, tak że dłonie miałem przed kolanami, wepchnęli kij między łokcie i kolana, podnieśli mnie na nim, opierając końce na biurkach. Kręgosłup miałem wygięty, ręce zakli­nowane kijem między kolanami, bolały mnie wszystkie stawy.

-       No i co, nic nie gadasz?— pyta Krupanek.

Milczę. Zaczął mnie bić po bosych stopach. Nie sprawiło mi to zbyt wielkiego bólu, ponieważ przez granicę słowacką często przechodziłem boso, wtedy wyczuwałem każdą gałązkę, co pozwalało bezszelestnie przejść gra­nicę. Mogłem tak iść całymi kilometrami bez obawy odgniecenia stóp. Kru­panek widząc, że się nie szarpię, przestał mnie bić i zaczął końcem nahaja łaskotać stopy. Tego nie mogłem znieść, szarpałem i śmiałem. Krupanek rzu­cił nahaj i począł mnie łaskotać rękami. Nie przypuszczałem nigdy, że łasko­tanie może być gorsze od bicia. Śmiałem się aż do łez i szarpałem, oblewając się potem. Wreszcie osłabłem. Znowu wszystko ucichło. Moją twarz oblano wodą.

-       To już koniec - mówi Krupanek. - Za chwilą cią wykończymy. Siadaj na krzesło, masz piąć minut do namysłu.

Usiadłem, moi oprawcy też siedzieli. Zauważyłem, że został tylko Seh­misch i Krupanek, nie wiem kiedy wyszli tamci dwaj. Wyobraźnia pracuje... Wykończą mnie, powieszą, a może kijami i obcasami... Nie wolno o tym myśleć. Próbuję skupić się na modlitwie; modlę się w duchu żarliwie. Kru­panek spogląda na zegarek:

-       Będziesz gadał czy nie?

Milczę. Krupanek bierze do ręki powróz, zarzuca pętlę na moją szyję, popycha mnie w stronę drzwi, przerzuca powróz ponad drzwi, przechodzi na druga stronę; czuję, że pętla się zaciska, gdy oprzytomniałem, znów wróciła straszna rzeczywistość. Ach, czemu już nie umarłem. Powróz zeskoczył z klamki:

-       Jeszcze możesz się przyznać.

Milczę. Drugi raz już na pewno się uda. Wieszanie za szyję powtórzył jeszcze dwa razy.

-       Nie powiesiliśmy ciebie, szkoda cię, jesteś młody, możesz żyć - po­wiedział Krupanek, gdy oprzytomniałem po trzecim razie. - Matka i tak nam wszystko powiedziała, tylko ona nie wie, gdzie ta maszynówka i to nam mu­sisz powiedzieć.

Czułem, że muszę coś powiedzieć i aby ulżyć nerwom, odezwałem się.

-       Nie wiem o żadnej maszynówce, czemuście mnie nie powiesili? I tak nic nie powiem, bo nic nie wiem.

-       O będziesz jeszcze wisiał - mówi Krupanek. - Te twoje ciotki, wujki wystrzelamy, a ciebie powiesimy na środku wsi, a wieś podpalimy. Teraz powisisz sobie inaczej.

Siedziałem na podłodze koło drzwi.

-       Wstań! - usłyszałem. Wstałem. Związał mi ręce na plecach powro­zem, powróz przerzucił ponad drzwi i począł ciągnąć w górę. Czułem, jak w strasznym bólu ręce moje gdzieś się wykręcają, wyłamują ze stawów... Ból, ból okropny. Z początku stawałem na palcach nóg, aby choć trochę ulżyć, ale podciągnął wyżej; nogami już jestem ponad podłogą. Bolą mnie nie tylko stawy, zdaje się, że mnie wszystko boli; próbuję się modlić, aby nie krzy­czeć, ale nie mogę się skupić, w końcu z bólu przeklinam Niemców.

-       Żebyście z piekła nie wyjrzeli nigdy.

-       Wiesz, gdzie jest piekło, u starej baby w d...e- słyszę śmiech Krupanka.

Z bólu zaczyna mi się kołować w głowie, zdaje mi się, że wiszę tak całe lata. Wtem znowu cios straszliwy w bardzo czułe miejsce, to Krupanek końcem nahaja uderza mnie w krocze. Wyję z bólu, szarpię się, próbuję od­kręcić, co przynosi jeszcze większe bóle stawów. Przestał nareszcie; wymy­ślił inną zabawę: wziął do ręki szkło z rozbitego portretu, podszedł do mnie i począł nacinać skórę, rysując na moich udach figury. Z początku drgałem przy nacinaniu, ale nacięcia nie były tak dotkliwe jak ból w stawach. Usiło­wałem znów się modlić, aby nie krzyczeć, zamknąłem oczy. Ktoś wchodzi, nie otwieram oczu. Krupanek dalej skrobie szkłem po mojej skórze.

-       No i co? - słyszę pytanie po polsku.

-       Śpi - odpowiada Krupanek.

-       Przyznał się? - po głosie rozpoznałem „Thora”.

-       Nie - odpowiedział Krupanek.

Czujność wróciła do mnie, choć przed chwilą już omdlewałem.

-       A stara?- pyta dalej „Thor”. Zrozumiałem, że chodzi mu o mamę. Nie dosłyszałem odpowiedzi; staram się nie dać poznać, że w ogóle słyszę, oczy mam dalej zamknięte.

-   Sądzę, że oni nie wiele mogą wiedzieć. Stary był bardzo sprytny, on ani do żony, ani do dzieci nie mówił zbyt wiele.

-        Tak, ale gadał, że po te maszynówkę poszedł Władek z dwoma — ana­lizował Krupanek.

-        A może Władek stary, z Krakowa, o którym wam mówiłem - podsu­mował „Thor”. - Szkoda, żeście starego nie wzięli żywego.

Jak się nie dał wziąć żywy, mówiąc to Krupanek równocześnie uderzył mnie nahajem w nogę, który zginając się na nodze uderzył mnie w krocze. Cios był niespodziewany, straszliwy; szarpnąłem się, w oczach mi pociem­niało, gdzieś się zapadam, gdzieś lecę, wszystko się kręci gdzieś w dali, świa­tło, wszystko niknie. Nie wiem, jak długo wisiałem. Gdy odzyskałem przy­tomność, leżałem na podłodze zlany wodą.

-        Wstawaj! - to znowu Krupanek. - Ubieraj się!

Nie mogę się podnieść, rękami nie mogę się podeprzeć, są bezwładne. Przewróciłem się na bok, pomagając sobie głową ukląkłem, oparłem się o ścianę, odepchnąłem i wreszcie wstałem. Ręce zwisały mi wzdłuż ciała, jakby były z ołowiu. Nie potrafię nawet palcami poruszyć.

-        Ubieraj się - mówi Krupanek.

-        Nie potrafię.

-        To bierz do ręki te galoty - wskazał palcem na moje spodnie i bieliznę poszarpaną. Wszystko leżało zebrane na jednej kupie.

-        Nie potrafię - powtarzam.

Wziął spodnie, założył mi na kark, to samo zrobił z moją bielizną.

-        Głupiś jest i głupi skończysz, nie chcesz gadać, to nie, umrzesz śmier­cią głodową: przez sześć dni nie dostaniesz nic do jedzenia. Jak wytrzymasz, nie zdechniesz, to dostaniesz jeden dzień jeść, a jak dalej nie będziesz chciał gadać, to później znów nic, aż zdechniesz na kajdanach. Jesteś wierzący, czy nie?

-        Tak.

-        To przysięgnij, że nie wiesz gdzie są bandyty.

Postawił przede mną na biurku krzyż.

-        Przysięgam, że o żadnych bandytach nic nie wiem.

-        Czy księdzu byś na spowiedzi powiedział tak samo?

-        Tak samo bym powiedział.

-        Widzisz, jesteś wierzący i wiesz, że za kłamstwa i krzywe przysięgi idzie się do piekła, już niedługo będą cię diabły widłami w ogniu obracać.

-        Nie będą, bo nic złego nie uczyniłem.

-   Ale diabły i tak tobie nie uwierzą tylko nam.

Udawałem, że się boję diabłów, w rzeczywistości widziałem diabłów, ale w mundurach gestapowców.

-         Teraz marsz do celi! - Krupanek otworzył drzwi i gestem wskazał ręką, bym wyszedł. Wyszedłem. Potem kolejne drzwi. Napotykani gestapowcy na mój widok wybuchali śmiechem, byłem nagi, spodnie i bielizna wisiały na szyi, a Krupanek zatrzymał się przed drzwiami przy celi naprzeciwko. Odemknął drzwi, otworzył, zapalił światło. Wszedłem do środka. Z prawej strony drzwi, siedział na betonowej posadzce szczupły mężczyzna; był przy­kuty stalowym łańcuchem z obrożą za nogę do muru. U obroży była za­mknięta kłódka, drugi koniec łańcucha zabetonowany był w murze. Nieszczę­śnik długo nie był golony, o czym świadczył zarost na jego twarzy. Krupanek kazał mu pomóc mi ubrać się w poszarpaną koszulę, potem w kalesony i spodnie. Butów nie miałem.

-         Zakuj go za ręce - powiedział podając klucze przykutemu za nogę mężczyźnie.

W ścianie zabetonowany był drugi łańcuch, którego koniec zwisał około metr dwadzieścia od posadzki. Na końcu łańcucha przytwierdzony był pła­skownik około sześćdziesiąt centymetrów z odgiętymi półksiężycami, po bokach były bolce z otworami na kłódki. Górne półksiężyce były na zawia­sach i posiadały otwory na bolce; po zamknięciu wkładało się kłódkę do bolca i zamykało. Mój towarzysz niedoli musiał mnie zakuć.

-         Nie mogę podnieść rąk - powiedziałem do niego. Podniósł moją lewą rękę, zamknął kłódkę na przedostatnią dziurkę. To samo uczynił z moją pra­wą ręką i oddał klucze Krupankowi. Ten sprawdził kłódki i widząc, że jest trochę luzu, wymierzył policzek mojemu towarzyszowi.

-         Zakuj go na ostatnie dziury! - krzyknął obrzucając go przekleństwa­mi. Mój towarzysz podniósł rzucone przez Krupanka klucze, odemknął kłód­kę, przełożył uszy kłódek do ostatnich dziurek, zamknął i oddał mu klucze. Ten sprawdził jeszcze raz.

-         Pamiętaj, on ma zginąć śmiercią głodową. Jeśli ty mu dasz coś ze swojej porcji, to ciebie umorzymy głodem.

Wyszedł nie mówiąc nic więcej, zamknął drzwi, zgasił światło. Cela pogrążyła się w ciemnościach.

Stałem koło muru, spodnie zsuwały mi się z bioder. Szeptem zapyta­łem mojego towarzysza niedoli, czy ma jakiś sznurek, bo mi spodnie lecą. Nie miał, ale z lnianej koszuli oderwał naderwaną obszywkę rękawa. Po ciem­ku, macając rękoma, podciągnął moje spodnie na biodra i związał nią z przo­du dwie szlufki. Spodnie już się na biodrach trzymały. Stałem koło muru, gdyby tak móc usiąść na podłodze... Nogi drżą pode mną, czuję, jak strasznie jestem pobity i słaby. Dobrze, że chociaż ta posadzka chłodzi stopy. Usiąść się nie da, łańcuch za krótki, udaje mi się uklęknąć, opieram czoło o ścianę, modlę się, modlę i w modlitwie zasypiam, znów gdzieś lecę.

Nagłe szarpnięcie uświadamia mi gdzie jestem; zasypiając osunąłem się, przytrzymał mnie łańcuch z kajdanami. Od tego właśnie pochodziło szarp­nięcie. Cisza. Słyszę tylko mojego sąsiada i bicie własnego serca. Nie próbu­je nawiązywać rozmowy z moim towarzyszem, boję się podsłuchu. Rozmy­ślam. Cały dzień byłem na przesłuchaniu, zabrano mnie z celi około siódmej rano. Kiedy mnie odprowadzał Krupanek, zapadał zmierzch. Mama, tak mama nic się nie przyznała, przypominam sobie dokładnie słowa Krupanka. Kiedy wisiałem za ręce myśleli, że straciłem przytomność, rozmawiali swobodnie po polsku. Nie przyznała się, mimo słabego serca i tortur jakie jej na pewno zadawano. O, mamo moja, jakaś ty dzielna, cierpliwa. Łzy poczęły mi się kręcić w oczach. Chociaż przez cały czas przesłuchania nie ukazała się w moich oczach łza, chociaż chwilami wyłem z bólu, teraz jednak na wspo­mnienie mamy rozkleiłem się. Płacz przeszedł w szloch, nie starałem się na­wet tego ukrywać przed moim współtowarzyszem. Nieraz mama moja mó­wiła, że jak się wypłacze w zmartwieniu, to jej przynosi ulgę, więc szlocha­łem. Mój towarzysz począł mnie głaskać jak dziecko po głowie. To okazanie współczucia wpłynęło na mnie kojąco, przestałem płakać, był to mój ostatni płacz aż do chwili, kiedy zostałem uwolniony z obozu koncentracyjnego Mauthausen-Ebensee. Wtenczas ujrzawszy czołgi amerykańskie, a z nimi wolność, też się rozkleiłem.

Od czasu do czasu wstrząsały mną jeszcze dreszcze, myśli znów za­częły mnie nurtować: więc głodówka w tych kajdanach, lepsze to niż bicie i wieszanie. Gestapowcy może znów gdzieś polują, część na pewno śpi; ale kiedy oni jedli obiad? Ile razy przychodziłem do przytomności, Krupanek i Sehmisch zawsze byli przy mnie. Nie wiem, czy naprawdę nic nie jedli cały dzień, czy też tak długo byłem nieprzytomny, że tego nie zauważyłem. A może „Szarota” już gdzieś przygotowuje się, żeby nas uwolnić. Mówił kiedyś, żebyśmy się uczyli dobrze słówek niemieckich, bo jesienią pójdzie­my uwolnić Montelupich. Więc może raczej uwolni nas z „Pałace”, jest tu przecież jego rodzina zamknięta. Czy dali jeść mojej matce? Pomimo zmę­czenia znów nie mogłem zasnąć. Modliłem się znów, chcąc zagłuszyć nawał myśli, a tym samym doprowadzić do snu przed niewiadomym jutrem. Gdzieś koło północy mój towarzysz zaczął mówić do mnie szeptem. Pytał skąd je­stem; odpowiedziałem mu również szeptem. Chyba nie konfident, na wszel­ki wypadek postanowiłem nie odpowiadać, jeśli zauważę coś podejrzanego. Wkrótce miałem się przekonać, że nie był konfidentem, był mieszkańcem Waksmunda, nazywał się Józef Rejczak, w wojsku polskim miał stopień sier­żanta. Podejrzany o partyzantkę, był poddawany straszliwym torturom, mię­dzy innymi wybito mu zęby, gnieciono genitalia; w końcu załamał się i pod­pisał wszystkie oskarżenia dotyczące jego osoby, a tym samym wyrok śmier­ci na siebie. Zawsze jednak wspominam go bardzo serdecznie, był prawdzi­wym towarzyszem niedoli. Pomimo, że posiłek zawsze spożywał w obecno­ści któregoś z gestapowców, potrafił wpuścić skórkę chleba do rękawa, którą mi później dawał w nocy, kiedy byłem przez sześć dni na głodówce, nawet bez wody. Wspominał także, że jego żona też jest uwięziona w obozie, w Jaśle.

Najgorszą moją męką duchową była niewiadoma, co z mamą, czy jesz­cze żyje. Mama była chora na serce, to potęgowało jeszcze moje obawy. W czwartym dniu głodówki odemknięto naszą celę, zaświeciło się światło, weszła mama, z nią Krupanek.

- Patrz matko, syn twój zdechnie z głodu przykuty tymi łańcuchami, jak się nie przyzna - powiedział wskazując na mnie.

Mama załamała ręce podnosząc je w górę, jakby chciała zakryć oczy. Krupanek wypchnął ją na korytarz, światło zgasło, targnąłem kajdanami, bo więcej i tak nie potrafiłem uczynić. W ręce moje wróciła sprawność, były jednak moc­no napuchnięte, bo zasypiając na kolanach, osuwałem się, wisząc za ręce.

Po sześciu dniach dostałem posiłek, przyniósł mi go gestapowiec, zwany „Dziadkiem”. Przyniósł też krzesło, na którym usiadłem. Potrafiłem już wziąć w kajdanach garnuszek z kawą, którą wypiłem jednym tchem, póź­niej powoli zjadłem chleb. Ten gestapowiec był wyjątkowy: nie klął, nie krzy­czał, zostawiał na chwilę zapalone światło w celi, w której byliśmy przykuci do ściany. Oprócz drzwi wejściowych były jeszcze dwoje drzwi do dwóch cel znajdujących się od podwórza; w jednej zamknięto Władysława Medesa z Malejowej pod Jordanowem, druga była chwilowo pusta. Kilka dni później Krupanek wprowadził do celi człowieka; stanął z nim przede mną, pytając czy go znam. Spojrzałem na niego. Był to Fojtuch z Czarnego Dunajca, z którym przedtem często się spotykałem. Odparłem, że go nie znam. Krupa­nek otworzył pustą celę z prawej strony, Fojtuch wszedł, Krupanek zamknął celę, wyszedł, zgasił światło, zamknął. Tym razem obeszło się bez bicia, krzy­ków i przeklinania.

Byłem jeszcze w kajdanach, kiedy pewnej nocy gestapowcy skądś powrócili. Słychać było na górze trzaskanie drzwiami, krzyki. Później za­częli śpiewać jakąś pieśń, czy też hymn, co brzmiało jakoś żałośnie. Kiedy skończyli, kilku wpadło do piwnicy. Słychać było odmykanie cel. Wyrzuco­no na korytarz rodzinę Duszy: rodziców „Szaroty”, matkę, ojca, siostrę Ma­rię, brata Bronisława i powiedziano im: „wasz syn, ten bandyta, pozabijał naszych ludzi i wy za to zginiecie”. Poczęto ich okładać polanami drewna, kijami, nahajami. Nie widziałem tego, ale słyszeliśmy wszystko, ponieważ od korytarza dzieliły nas tylko drzwi. Już po wojnie, kiedy wróciłem z obo­zów koncentracyjnych na Podhale, często bywałem u matki komendanta „Szaroty”, której udało się przetrwać „Pałace”; wykupiono ją jakoś z Krako­wa. opowiadała mi to, co wtedy tylko słyszałem. W pewnej chwili matka Duszy straciła przytomność, upadła w kącie na podłodze, później upadł ojciec - Michał Dusza; zostało tylko dwoje - siostra Maria i brat Bronisław, który od samego początku bicia głośno krzyczał: , Jezus Maria, za co mnie bijecie? ” Maria zaś usiłowała milczeć podczas bicia, od czasu do czasu tylko jęknęła cicho, co jeszcze bardziej rozwścieczało gestapowców; wyzywali ją suką i obrzucali przekleństwami, bijąc nieustannie ją i brata. W końcu Maria opadła nieprzytomna, Bronisław zaś powtarzał: „Jezus Maria", ale już nie­wyraźnie, w końcu słychać było tylko bełkot zamiast słów, upadł; wybito mu zęby, oczy i znów krzyk straszliwy, rozdzierający. Przewlekli go koło drzwi celi, w której byłem przykuty, Jeszcze chwilę słychać było krzyk, który się oddalał, w końcu ustał. Nikt już od tego czasu Bronisława nie widział.

Kiedy powróciłem na Podhale z obozów w roku 1945, w lipcu rozma­wiałem ze Staszkiem Czubematem. Opowiadał mi, że brał udział w rozbiciu niemieckiej placówki w Dolinie Chochołowskiej. Miał to być odwet za wy­mordowanie mojej rodziny i uwięzienie nas i rodziny komendanta Duszy - „Szaroty”. Doszedłem do wniosku, że w odwet bito rodzinę „Szaroty”, wła­śnie za rozbicie placówki w Dolinie Chochołowskiej, za to też zginął jak męczennik Bronisław, brat „Szaroty”; i to było we wrześniu 1943, a nie w czerwcu 1943 r. jak podaje mjr Filar i inni. Wcześniej na pewno nie rozbi­to placówki w Dolinie Chochołowskiej, co mogę z pewnością stwierdzić, ponieważ prawie we wszystkich ważniejszych wypadach brałem udział lub o nich wiedziałem.

23 września rano mój towarzysz Józef Rejczak powiedział, że dziś umrze. Przyśniła mu się Matka Boska, trzymająca na rękach dwa baranki, które unosiła do nieba.

-       Na pewno dziś umrę - powtarzał. - Ale kto będzie drugi? Może moją żonę przywiozą, bo jest w więzieniu w Jaśle. Pójdziemy prosto do nieba, Matka Boska nas weźmie.

-       Nie trzeba myśleć o śmierci, jak Bóg da, to jeszcze wolni będziemy - chciałem go pocieszyć.

-       Ty dożyjesz wolności, ale ja na pewno dziś umrę.

Sen Rejczaka sprawdził się. Około dziesiątej odemknięto drzwi, wszedł gestapowiec Kwieciński, rozkuto go i wyprowadzono go z celi. Po wojnie dowiedziałem się, że został w tym dniu rozstrzelany wraz z innym mężczy­zną na cmentarzu w Waksmundzie. Żona jego przeżyła i wróciła po wojnie do Waksmunda.

Byłem jeszcze przykuty do ściany, kiedy przeniesiono do innych cel Władka Medesa i Mieczysława Fojtucha. Później w jednej z tych cel za­mknięto Mariana Polaczyka. Po dziesięciu dniach znowu wezwano mnie na przesłuchanie. Gestapowiec był szczupłym blondynem, średniego wzrostu. Około dwóch godzin przesłuchiwał mnie w małym pokoiku od strony poto­ku, bijąc laską trzcinową po ramionach. Zaczynał od ramion a kończył na dłoniach. Kiedy unikałem uderzeń, bił po głowie. Najwięcej razów zebrałem w lewą rękę, rozbił mi kostkę lewej dłoni, a kiedy ręka się wykręciła, prze­stał bić, obmacał kości sprawdzając, czy są połamane. Po upływie około dwóch godzin przestał mnie bić i odprowadził do celi, nieco dalej od poprzedniej. Gdy przechodziłem przez celę kajdaniarską, zobaczyłem, że na moim miej­scu stoi przykuty za ręce i nogę do ściany szczupły, niski blondyn w góralskim ubraniu. Był z Waksmunda, nazywał się Sral. Po dwóch dniach przeniesiono mnie do celi nr 3. W tej celi byli Michał Dusza, ojciec Szaroty, Bronisław, brat Szaroty już nie żył, był tam też Jan Żmuda ze Skawy, Zbi­gniew Łukasiewicz z Suchej. Salomea Dusza z córką Marią i moją mamą Wiktorią Szepelak, były uwięzione w celi nr 5. Później gestapo przyprowa­dziło do nas jeszcze dwóch, ten z Białego Dunajca nazywał się Stanisław Buła. Złapano go koło rzeki Zakopianki, gdzie łowił ryby. Drugi był z Ciche­go, nazywał się Jan Leja. Żmuda opowiadał mi, że zanim przybyłem, było w tej celi kilku innych, wymienił ich nazwiska, ale ja zapamiętałem tylko jedno: Izydor z Czerwiennego. W dniu Świętego Michała złożyłem życzenia ojcu Szaroty, by jak najszybciej wrócił na swoją gazdówkę w Odrowążu, jednak Michał Dusza już do Odrowąża nie powrócił. Jego szczątki doczesne spłonęły w piecu krematoryjnym obozu koncentracyjnego.

 

Fragmenty ksiązki Władysława Szepelaka "Ja przetrwałem"