Władysław Szepelak ps „Mały” był partyzantem oddziału partyzanckiego Wojciecha Duszy „Szaroty”. Swoje wspomnienia zawarł w książce „Ja przetrwałem”.

  • 01
  • 02

Od Autora

Z zamiarem napisania tej książki nosiłem się od chwili, kiedy zostałem uwolniony przez wojska amerykańskie z Obozu Koncentracyjnego w Eben­see. Początkowo miałem opisać tylko przeżycia okupacyjne, los, jaki spotkał moją rodzinę z rąk okupanta i walkę z okupantem. Jednak ciężkie warunki, w jakich mi żyć przyszło, zmuszały mnie do pracy czasem nawet po 20 go­dzin na dobę. Trochę lepiej było w okresie zimowym, ale też brakowało cza­su: 8 godzin pracy na budowie, dojście do stacji kolejowej w Sieniawie, do­jazd pociągiem do Zakopanego i z powrotem - razem cztery godziny plus jeszcze parę godzin w domu, bo byłem chłoporobotnikiem. Czasem jeszcze udało mi się napisać jakiś wiersz lub zrobić jakąś notatkę z moich przeżyć, które teraz posłużyły mi do napisania tej książki. Zdaję sobie sprawę z tego, że mając tylko cztery oddziały szkoły powszechnej i dwuletnią zawodową rolniczą, którą ukończyłem w czasie okupacji, nie uniknę w mojej książce braków stylistycznych. Poza tym piszę tak, jak się u nas mówi na co dzień po góralsku, starając się, by słowa brzmiały „po polsku”, bo chociaż Podhalanie po góralsku mówią i w górach żyją, to „po polsku” biją ich serca.

Chcę w tej książce, o której napisanie proszą mnie moje wnuczki i wnukowie, dać im obraz cierpienia, jakie moje pokolenie przeszło, aby Pol­ska była wolna i niezawisła, aby przyszłe pokolenia dbały o to, by zawsze nad Odrą, Wisłą, Bugiem rozbrzmiewały polskie pieśni i język ojczysty.

Są książki, są też audycje o Oświęcimiu, w którym ja, jako „numer 168061”, też przebywałem, jednak to, co przeżyłem jako „numer 52496” w Ebensee nie może się równać z pobytem w zakopiańskim „Pałace”, w krakowskim więzieniu Montelupich, czy w Mauthausen. Straszliwy głód, wszy, praca, apele, i kije „kapo” - sprawiały, że potworne żniwo zbierała tam śmierć. Sam się dziwię, że przeżyłem... Modliłem się jednak codziennie w marszu do pracy i z pracy - to pozwalało mi lepiej znieść ból i zmęczenie. Wierzyłem, że Matka Boska pomoże mi przetrwać i doczekać wolności. Sta­tystyka mówi, że w Ebensee zginęło 8745 więźniów, a iluż jeszcze zmarło w szpitalach po uwolnieniu z obozu w maju i w czerwcu... Nie potrafię tak szczegółowo opisać tych ostatnich miesięcy w Ebensee, jak to zrobił kol. Michał Rusinek, dlatego też, myśląc o rozdziale „Z BARYKADY W DOLI­NĘ ŚMIERCI”, na końcu swojej książki umieściłem rozdział „Czołgi w Dolinę Śmierci”. Tyle o okupacji. Napisałem też na wstępie o życiu naszej wsi w okresie międzywojennym, bo teraz na wsi zaczyna się to, co było w przed­wojennej Polsce, kiedy to w takich wioskach jak nasza, brakowało butów, aby iść zimą do szkoły nie było pracy, nie było co jeść, nie było nawet ziem­niaków, nie mówiąc o chlebie. A jednak, kiedy Ojczyzna znalazła się w nie­woli, wszyscy stanęli do walki o niepodległość.

Książkę tą dedykuję mojemu Bratu Marianowi Szepelakowi, który strasznie przeżył dzieciństwo. W jednym dniu stracił całą rodzinę, ojciec i babcia rozstrzelani, reszta rodziny uwięziona. Został oderwany od mamy, której trzymał się kurczowo, by następnie zostać porzuconym w przydroż­nym rowie w Czarnym Dunajcu. Rano powraca do wioski i do końca lipca 1945 roku jest na służbie jako pastuch, aż do czasu kiedy powróciłem do Polski uwolniony z obozu koncentracyjnego przez wojska amerykańskie.

Chciałem jeszcze wspomnieć Witolda Kwiatkowskiego z Gorlic, Ma­riana Plackowskiego z Tychów i Wojciecha Truszczyńskiego z Warszawy, kolegów z którymi przeżyłem obóz w Ebensee i do dzisiaj utrzymuję kore­spondencję.

Władysław Szepelak


W. Szepalak Ja przetrwałem...,Wydawnictwo i drukarnia "MK" s.c., Nowy Targ, 2003